Match Racing, czyli popularne żeglarskie regaty meczowe, polegające na wyścigach rywalizujących parami jachtów, swoimi korzeniami sięgają końca XVII stulecia. To wówczas, w "złotych latach żeglarstwa" kapitanowie żaglowców, chcący udowodnić swoją wyższość nad przeciwnikiem, organizowali pierwsze wyścigi w górę rzeki i z powrotem.

Początki

Regaty meczowe takie jak choćby Sopot Match Race, to kwintesencja współczesnego jachtingu regatowego. Interesujące, dynamiczne i medialne widowisko sportowe z udziałem gwiazd światowego formatu. Dla wielu z nich udział w regatach przy sopockim molo jest jednym z etapów w drodze do Pucharu Ameryki, wędrówce w poszukiwaniu żeglarskiego świętego Graala.

Formuła regat meczowych (match racing) jest ściśle związana z historią regat o Puchar Ameryki. 22 sierpnia 1851 roku amerykański szkuner ?America? wygrał wyścig dookoła wyspy Wight. Komandor John Cox odebrał z rąk Brytyjskiej Królowej Wiktorii wspaniały srebrny dzbanek wart 100 gwinei. W następnych latach walka o America?s Cup odbywała się jako seria pojedynków jachtów obrońców i pretendentów. Po 167 latach nadal obowiązuje ta zasada, a match racing stał się jedną z najpopularniejszych i najbardziej widowiskowych formuł rozgrywania zawodów żeglarskich. Dziś regaty meczowe rozgrywane są we wszystkich krajach świata.

Ranking sterników prowadzony przez World Sailing obejmuje listę ponad tysiąca nazwisk. Miejsce w rankingu jest niezwykle ważne, gdy zawodnicy zgłaszają się do poszczególnych imprez. Im wyższa pozycja, tym łatwiej zdobyć zaproszenie na regaty. W zależności od rankingu sterników, sumy nagród i zainteresowania mediów, zawody mają stopień (Grade) 1, 2, 3, 4 lub 5. Najwyżej punktowane są regaty Grade 1, w tym także kilkakrotnie był Sopot Match Race.

Polacy odnosili i odnoszą sukcesy w regatach meczowych. Pierwszym było zdobycie srebrnego medalu team – Karol Jabłoński, Dominik Życki, Grzegorz Baranowski i Kuba Schneider na mistrzostwach Europy w Port Vendre we Francji. W 2001 roku Karol Jabłoński i MK Cafe Sailing Team w składzie: Jacek Wysocki, Grzegorz Baranowski i Piotr Przybylski zdobyli w Sztokholmie tytuł mistrzów świata. Później były jeszcze kolejne medale oraz wygrane w najwyżej punktowanych regatach. Przez wiele miesięcy Karol Jabłoński był liderem światowego rankingu.

Ewolucja zasad

Obecnie regaty meczowe opierają się na niemal tych samych zasadach co 150 lat wcześniej. Według reguł ustalonych i kilkukrotnie zmienianych przez Międzynarodową Federację Żeglarską (International Sailing Federation, do 1996 roku: International Yacht Racing Union) skipperzy rywalizują o punkty w klasyfikacji generalnej podczas wielu imprez o różnym stopniu oceny. Dzięki znaczącej pozycji sopockich regat w światowym match racingu, na starcie sopockich wyścigów stawiają się znakomite załogi, które rzadko można podziwiać podczas innych zawodów na terenie Polski.

Regaty meczowe dzisiaj

Match-racing, to najbardziej widowiskowa forma rywalizacji jachtów pod żaglami. Żeglarstwo w tej postaci jest zdecydowanie bardziej interesujące dla widzów i kibiców, niż regaty flotowe i świetnie nadaje na potrzeby mediów. W jednym wyścigu rywalizują ze sobą tylko dwa jachty na krótkiej, prostej trasie. Ustawia się ją zawsze blisko brzegu w miejscach, gdzie można zapewnić odpowiednią ilość miejsc dla publiczności.

Jachty, które organizator zawsze dostarcza identyczne dla każdej załogi, żeglują cały czas blisko siebie, a cała akcja rozgrywa się na oczach widzów. Załoga atakująca próbuje wyprzedzić jacht prowadzący, który oczywiście się przed tym zacięcie broni. Proste zasady tej rywalizacji powodują, że nawet osoby nie rozumiejące zawiłości żeglarstwa szybko zorientują się, kto prowadzi, dokąd jachty płyną i ile zostało im jeszcze do mety. W przeciwieństwie do regat flotowych, w match-racingu rywalizacja zaczyna się jeszcze przed startem.

Dokładnie na 4 minuty przed sygnałem rozpoczęcia wyścigu, oba jachty rozpoczynają walkę o jak najlepszy start. Po wpłynięciu w obszar przedstartowy załogi dają z siebie wszystko, by ustawić swój jacht w jak najlepszej pozycji do startu, przeszkodzić jednocześnie przeciwnikowi, a nawet zmusić go do złamania któregoś z przepisów regatowych. Jachty wykonują na tym etapie meczu mnóstwo manewrów, kółek i uników, a przy każdym z nich mogą popełnić błąd, co dodatkowo zwiększa atrakcyjność rywalizacji. Regaty meczowe kończą się wielkim finałem. Żeby jednak dostać się do finału, trzeba pokonać rywali w eliminacjach.

Zazwyczaj w pierwszej kolejności rozgrywana jest runda każdy z każdym (czasem dwukrotnie). Po niej następują ćwierćfinały, półfinały i wreszcie finał. W match-racingu każda z załóg żegluje na identycznym jachcie. Wyklucza się w ten sposób różnice sprzętowe, a wynik zależy tylko od umiejętności. Dodatkowo, jachty na każda kolejną rundę są losowane, by wykluczyć pretensje żeglarzy o ewentualne podstawienie gorszej jednostki. Tak też będzie podczas regat w Sopocie ? załogi będą żeglować na przepięknych choć bardzo trudnych technicznie (na szczęście tylko dla załóg…) Diamantach 3000, których załogę stanowi 5 żeglarzy.


Tekst: Waldemar Heflich, redaktor naczelny miesięcznika “Żagle”

PUCHAR AMERYKI


Pierwszą światową wystawę przemysłową zorganizowano w Londynie w 1851 roku. Dla jej uświetnienia odbyły się wielkie wyścigi jachtów w Cowes, stolicy brytyjskiego jachtingu, najświetniejszego wówczas na świecie. Na starcie nie zabrakło żeglarzy ze Stanów Zjednoczonych. Ambitni przybysze z Nowego Świata chcieli pokazać się na wystawie i regatach z jak najlepszej strony.

Nastały dobre czasy?

Po drugiej stronie Atlantyku młody kapitalizm wprowadzał Stany Zjednoczone na szybką ścieżkę rozwoju, Europie zaś pokój i spokój po napoleońskiej “zawierusze” i Wiośnie Ludów, przyniosły nie tylko rozwój gospodarczy, ale i… nowe formy rekreacji, ot, choćby takie jak regaty żeglarskie. Ów ekonomiczny boom i polityczna odwilż skłoniły pragmatycznych Anglików do zorganizowania w 1851 roku w nie istniejącym już Crystal Palace w Londynie, pierwszej Wystawy Światowej ? poprzedniczki dzisiejszych wystaw Expo. Jej celem miała być prezentacja najnowszych osiągnięć techniki i technologii, ale i podkreślenie dominującej roli Anglii w ówczesnym świecie. Regaty organizowane na wyspie Wight miały tę wystawę uatrakcyjnić, co przemysłowcy amerykańscy uznali za doskonałą okazję do pokazania się na arenie międzynarodowej. Służyć temu miała min. “America” ? szkuner zaprojektowany specjalnie przez z myślą o tych regatach. Gdy po pokonaniu Atlantyku “America” dotarła do Cowes, komandor John Cox Stevens z powstałego kilka lat wcześniej nowojorskiego jachtklubu, rzucał miejscowym kolejne wyzwania do regat, ale ? początkowo – pozostawały one bez echa. Dopiero, gdy w prasie ukazały się uszczypliwe komentarze pod adresem miejscowych żeglarzy, Stevens otrzymał zaproszenie z Royal Yacht Squadron do wzięcia udziału w żeglarskim wyścigu wokół Wyspy Wight. Wyścig dostępny dla wszystkich (“to all nations”) miał być tylko jednym z kilku planowanych, ale – jak pokazała historia – właśnie od niego ?wszystko się rozpoczęło?. No, może niezupełnie wszystko, bo przecież pod żaglami lokalnie ścigano się już wcześniej, ale regat międzynarodowych w dzisiejszym tego słowa znaczeniu dotąd nie było. Nagrodą miał być puchar kupiony za 100 gwinei u znanego londyńskiego jubilera Roberta Garrarda. Zresztą takich pucharów zamówiono wówczas kilka! Amerykanom oczywiście brakowało wiedzy na temat lokalnych warunków i do ich 13-osobowej załogi dołączyło nie tylko kilku żeglarzy angielskich, ale i pilot, który odegrał w tym wyścigu ważną rolę?

Start?

Rankiem 22 sierpnia 1851 roku 15 zgłoszonych do tego wyścigu jachtów stało na kotwicach pod Cowes. Sprawa stała się głośna, brzegi wypełniły więc tłumy ciekawych konfrontacji Amerykanów z angielskimi jednostkami, które w tamtych czasach nie zwykły przegrywać. Odchylone maszty i płaskie żagle szkunera “America” były zagadką nawet dla wybitnych znawców przedmiotu. Jachty stały w dwóch rzędach: szkunery w jednym, kutry w drugim. Różniły się więc i typem ożaglowania oraz wielkością, od ponad 390-tonowego, trzymasztowego szkunera ?Brillant? do 47-tonowego kutra “Aurora”. (“America” miała 170 ton wyporności). Faworytem Anglików był szybki, 48-tonowy kuter “Volante”, zresztą zwodowany w tym samym roku co “America”. W założeniach organizatorów miał to być wyścig wokół wyspy Wight, po trasie, po której regaty odbywały się zwykle. Czy to jednak przez niedopatrzenie, czy przez lekceważenie jankesów – zamiast dokładnej instrukcji żeglugi przed wyścigiem wręczono im jedynie listę startujących jednostek, z ogólnikową informacją o trasie, co stało się potem przyczyną wielu nieporozumień i trwających do dziś, gdybań historyków.
Do regat startowało się wówczas, nie tak jak dziś z wody pod wiatr, ale z… kotwicy! O 0955, na pierwszy wystrzał armatni zakotwiczone jachty zaczęły stawiać żagle i wybierać łańcuchy. O 1000, na kolejny wystrzał, kotwice zostały wyrwane. “America”, po początkowych kłopotach z łańcuchem, zrobiła to jako ostatnia. Jachty uczestniczące w wyścigu otaczała flotylla blisko 100 jednostek, które dziś nazwalibyśmy łódkami towarzyszącymi. Z pokładu jachtu królewskiego regaty obserwowała sama królowa Victoria. Wiatr stopniowo wzmagał się, co sprzyjało Amerykanom, bo szkunery wolą wiatry silniejsze. Po tym niezbyt udanym starcie “America” zaczęła odrabiać zaległości. Gdy jachty zbliżały się do i dziś dobrze znanego nawigatorom światła Nab (wówczas było ono zainstalowane na latarniowcu stojącym w odległości ok. 1,5 mili od wschodniego krańca wyspy, a więc jakieś 3,5 mili bliżej brzegu niż obecna stawa), Amerykanie płynęli już na drugim miejscu, za “Volante”. Wiele wskazuje na to, że właśnie w tym miejscu rozstrzygnęły się losy tego wyścigu, a, kto wie, może i losy światowego żeglarstwa regatowego w ogóle. Angielskie jachty popłynęły tak, jak to czyniły zwykle, to znaczy wokół Nab Light, a “America” zostawiła je po lewej burcie. Jedni tłumaczyli to potem wspomnianą niedokładną instrukcją żeglugi, a inni możliwościami “Ameriki”, która mogła płynąć ostrzej do wiatru. Najprawdopodobniej jednak były dwie instrukcje żeglugi! Jedne jachty otrzymały tę precyzyjną, inne ogólną. Pilot Underwood był również doświadczonym żeglarzem i doskonale wiedział jakie obyczaje panowały wśród miejscowych, uznał jednak, że w tym wypadku jego rola sprowadzała się do czuwania nad bezpieczeństwem żeglugi. Za całą resztę odpowiadał kapitan Brown. Dowodzący angielskimi jachtami byli zdezorientowani! Jedni popłynęli za “Volante” czyli wokół Nab Light, inni za Amerykanami. Od tego właśnie momentu dziennikarze płynący na statkach towarzyszących, czy to nie mając wielkiego pojęcia o żeglarstwie, czy to przez przekorę, widząc raptem aż 3-milową przewagę “Ameriki”, zaczęli tworzyć jej mit. Mit trwający do dziś!

Drugi jednak był!

Amerykanie tymczasem mieli godnych siebie rywali. Oto kapitan małego, nie zgłoszonego do wyścigu kutra “Wildfire” zainteresowany bardziej nową, nieznaną konstrukcją niż sportowym wynikiem tego wyścigu, początkowo podążał stale za Amerykanami, a potem, na sporym odcinku nawet ich wyprzedzał. Sytuacja stała się jeszcze ciekawsza, gdy również niektóre płynące “przepisowo” angielskie jednostki zaczęły dochodzić Amerykanów. Po prostu na pełniejszych kursach kutry okazały się równie szybkie i nie wiadomo, jak potoczyłyby się dalsze losy tego wyścigu, gdyby Anglików nie zaczął prześladować …..pech. Najpierw. ok. godziny 15.00 będący najbliżej Amerykanów “Arrow” wszedł na mieliznę i płynący tuż za nim “Alarm” musiał zostać mu do pomocy. Wkrótce obie te jednostki wycofały się z wyścigu. Niedługo potem faworyzowany ?Volante? w zderzeniu z jednym z jachtów stracił bukszpryt i oczywiście szansę na dogonienie Amerykanów. Przy St. Catherine Pt, najdalej na południe wysuniętym krańcu wyspy, “America” płynęła jeszcze ok. 1,5 mili za nie zgłoszonym “Wildfire”. Dopiero przed słynnymi “igłami” (The Needles) – białymi, pionowo wychodzącymi z wody skałami, ograniczającymi wyspę Wight od zachodu, szkuner “America” był znów na czele! Najprawdopodobniej to gdzieś właśnie tu narodziła się znana opowiastka o adiutancie królowej Victorii, który poinformował swoją panią, że prowadzi “America” i że drugiego… nie ma w ogóle!

Około 17.45 “America” okrążyła “igły” i do Cowes miała 13,5 mili. 7,5 mili za nią płynął mały kuter “Aurora”, a ok. 8,5 mili “Freak”. Amerykanie mieli więc w tym miejscu jeszcze sporą przewagę, ale i świadomość, że to jeszcze nie koniec wyścigu. I tu znów pomógł im angielski pilot, bez którego znajomości lokalnych warunków, a więc przede wszystkim silnych prądów pływowych, przewagi tej pewnie by nie utrzymali. Świadczą o tym i relacje świadków i same wyniki.

Finisz?

Amerykanie przekroczyli metę o 20.37, zaledwie kilkanaście minut przed “Aurorą”, która nie uchodziła przecież za najszybszy z angielskich jachtów. Drugi więc był! Byli i następni, bo aż 4 jachty ukończyły wyścig w ciągu godziny po Amerykanach.
Oczywiście za żeglugę “na skróty”, na Amerykanów nałożono protest, który postawił Royal Yacht Squadron w niezręcznej sytuacji, bo przepisy przepisami, a prasa….. prasą. Najwyraźniej więc w uznaniu dotychczasowych wysiłków Amerykanów, którzy przecież specjalnie na te regaty zbudowali jacht, ale i w trosce o własny prestiż, poproszono o wycofanie protestu! I tak “Puchar za 100 gwinei”, który potem stał się słynnym “Pucharem Ameryki”, a dziś jest najstarszym sportowym trofeum na świecie popłynął do Nowego Jorku. Jakaś magiczna siła przyciągania w nim ukryta sprawia, że regaty o ten “Srebrny Dzbanek” i wieloletnie przygotowania z zaangażowaniem najnowszych technologii i największych nazwisk są prawdziwym motorem napędowym całego światowego żeglarstwa. Jak to mądrze powiedział Ted Turner, właściciel CNN, a kiedyś zdobywca America’s Cup – kolejne zmagania o to trofeum przypominają pola bitewne, na których z jednej strony stają pieniądze oraz ludzie ze wszystkimi swoimi zaletami i przywarami, a z drugiej wyjątkowy charakter tych regat oraz ich piękno. Tylko obie wojny światowe były w stanie przerwać na pewien czas te zażarte batalie… Jak tu jednak, w świetle choćby przytoczonych wyżej faktów, nie wierzyć, że i żeglarską historię tworzą przypadki. No bo wyobraźmy sobie co by się stało:

– gdyby Amerykanie nie popłynęli “na skróty”,
– gdyby nie pech miejscowych żeglarzy,
– gdyby nie angielski pilot (ile zawdzięcza mu dzisiejsze żeglarstwo, można sobie dopowiedzieć!),
– gdyby wreszcie komandor Stephens zrealizował swój pierwotny zamysł i… przetopił ten srebrny puchar na medale, które mieli na pamiątkę zachować członkowie amerykańskiego syndykatu.
Trudno wątpić, by bez tego historycznego wyścigu żeglarstwo nie rozwijałoby się nadal, ale z całą pewnością niejedną fortunę musiano by przeznaczyć na co innego…

Zwycięstwo Amerykanów było błyskotliwe i miało ogromne znaczenie prestiżowe, podkreślone jeszcze osobistą wizytą królowej Wiktorii na pokładzie szkunera. Ambicje nowojorczyków zostały zaspokojone. Dumni i dostojni żeglarze angielscy ponieśli klęskę. Odbicie z rąk jankesów srebrnego dzbanka stało się od tej chwili sprawą honoru Brytyjczyków. W 1857 roku byli właściciele jachtu “America” przekazali puchar do New York Jacht Club jako przyszłe trofeum w międzynarodowych regatach. Słynny akt darowizny (Deed of Gift) stwierdzał wyraźnie, że jest to puchar przechodni i zawierał warunki na jakich odbywać mają się te regaty. Każdy jachtklub miał odtąd prawo rzucić wyzwanie temu, kto w danym momencie był w jego posiadaniu. To właśnie od 1857 roku niezbyt urodziwy, wiktoriański srebrny dzbanek ważący 3 kilogramy, zaczęto nazywać Pucharem Ameryki.

Tekst: Waldemar Heflich, redaktor naczelny miesięcznika “Żagle”